Wydrukuj tę stronę

Tajemnica Krzyża, ks. Ireneusz Blank


„A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego”. Niedługo ludzkość musiała oczekiwać na wypełnienie tych słów skierowanych do Nikodema, bo Jezus Chrystus, „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej”. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył w tajemnicy krzyża, która stała się dla całej ludzkości źródłem zamyślenia, adoracji i kontemplacji.

W dniu dzisiejszym w sposób szczególny patrzymy na krzyż Chrystusa – tajemnicę Bożej miłości. W pokorze stajemy przed nim i kontemplujemy, bo wierzymy, że obwieszcza on nasze zwycięstwo, kreśli nadzieję życia. Wywyższono bowiem na krzyżu Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.

Wierzymy w Syna Człowieczego, jesteśmy Jego uczniami i pamiętamy o słowach: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech zaprze się samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Stając więc wobec tajemnicy Chrystusowego krzyża, dotykamy tajemnicy naszego krzyża, który jest wyrazem największej miłości, wiąże się z wyrzeczeniem, ogromnym cierpieniem (nie tylko tym fizycznym), zaparciem się siebie, a niejednokrotnie przecież i ze śmiercią. I nie ma dla nas alternatywy. Nie ma już miejsca na pal z miedzianym wężem u szczytu, jak to było za czasów Mojżesza. Jest miejsce na krzyż, który każdego dnia trzeba brać na swoje ramiona. Trzeba przełamywać ciasne schematy ludzkiego myślenia i wchodzić w logikę wiary, logikę krzyża, która pokazuje, że strata życia jest w rzeczywistości odnalezieniem go. Trzeba tylko, albo aż, naśladować Chrystusa w Jego krzyżu!

W czasie II wojny światowej mała wioska w Bawarii została doszczętnie zniszczona przez alianckie naloty. Pośród ruin znalazł się także kościół parafialny. Obok leżała figura Chrystusa idącego na Kalwarię. Pozbawiona była jednak rąk i nóg. Po wojnie ludzie zebrali się, by odbudować kościół. Chcieli też odrestaurować figurę Chrystusa, ale proboszcz, starszy kapłan, uparł się, by nie zmieniać i nie odnawiać figury. Oczywiście ludzie nie chcieli na to przystać, dziwili się, uważali to za bezsens, ale ksiądz trwał przy swoim. Co więcej, polecił wyryć pod figurą napis: „Teraz nie mam ani ramion, ani stóp. Od dziś wy będziecie moimi ramionami i stopami, by nieść krzyż, a przez to pomoc i ukojenie zranionemu światu”. Jakże doskonale rozumiał logikę krzyża ten duszpasterz. To, co z ludzkiego punktu widzenia było bezsensowne, dla niego było tak proste i oczywiste, bo wynikające z głębokiej wiary. Trzeba nieść krzyż, który zawsze będzie symbolem miłości Boga do człowieka. Jeśli człowiek w krzyżu zauważy miłość – pokorną, cierpliwą, posłuszną aż do śmierci, a nie pseudomiłość, którą proponuje świat w świetle kolorowych gazet, tandetnych filmów czy komercyjnych produktów sztuki bazarowej, to dopiero wtedy będzie odkrywał tajemnicę krzyża. Utrata ukochanych, samotność, choroba, bezrobocie to momenty, w których trzeba dotknąć tajemnicy krzyża. Nie jest to łatwe. Każdy z nas nieraz już narzekał na swój codzienny krzyż. Buntowaliśmy się, brakowało nam słów, bo znowu trzeba było zmienić plany, zrezygnować ze swoich ambicji. I może nawet mieliśmy rację, ale gdzieś w tym wszystkim zabrakło prawdy krzyża, może zabrakło wiary. A tylko człowiek wiary dźwiga krzyż, jak Chrystus jest gotowy do złożenia każdej ofiary.

I tacy ludzie są wśród nas. Odkryli głębię krzyża i w pokorze, cichości, bez narzekań i pretensji idą przez świat. Trzeba nam wszystkim umieć ich zauważyć, by utwierdzić się w wierze i jak oni iść za Chrystusem. Trzeba dawać prawdziwe świadectwo o życiodajnej mocy krzyża, dzień po dniu pokonując w sobie grzech egoizmu i wszelkie zło.

Do tego nieustannie zachęcał św. Jan Paweł II. W Siedlcach 10 czerwca 1999 roku powiedział: „Współczesny świat potrzebuje ludzi zakorzenionych w krzyżu Chrystusa i gotowych ponosić dla niego ofiary. Krzyża, który swoimi ramionami łączy niebo z ziemią i ludzi pomiędzy sobą. Krzyża, który rodzi nowych i odważnych głosicieli i wyznawców, kochających Kościół i za niego odpowiedzialnych, prawdziwych heroldów wiary, plemię, które rozpali pochodnię wiary i wniesie ją płonącą w progi trzeciego tysiąclecia”.

Od tatmtej zachęty minęło już kilkanaście lat, ale czy jesteśmy pochodniami wiary zakorzenionymi w krzyżu Chrystusa?